Towarzystwo Urbanistów Polskich

  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Wydarzenia > Szkolenia > Felieton B. Kolipińskiego -Jak to się zaczęło? Przypomnienie ustawy o zagospodarowaniu przestrzennym

Felieton B. Kolipińskiego -Jak to się zaczęło? Przypomnienie ustawy o zagospodarowaniu przestrzennym

E-mail Print PDF
There are no translations available.

Izba Pamięci

Jak to się zaczęło? Przypomnienie ustawy o zagospodarowaniu przestrzennym

 

Niedawno na wydziale geografii  UMK w Toruniu  mieliśmy  z Tomkiem Majdą  prelekcję na temat planowania przestrzennego w dobie transformacji. Frekwencja dopisała.  Rozejrzawszy się po audytorium uświadomiłem sobie , że kiedy Joanna Szczepkowska ogłaszała koniec komunizmu w Polsce  większości  obecnych na sali nie było jeszcze na świecie. Dało mi to asumpt do napisania  tego przypomnienia. Jest i drugi powód -  właśnie mija 25 lat od wejścia w życie ustawy o zagospodarowaniu przestrzennym, otwierającej nowy rozdział w historii planowania przestrzennego w Polsce. O ile przypadające w tym samym czasie trzydziestolecie balcerowiczowskich reform zostało w mediach  zauważone (raczej pozytywnie), o tyle "nasz" jubileusz przeszedł bez echa.

 

Prace  związane z  ustawą zainicjował  rządowy raport  z 1992 r., który zwrócił uwagę, że w świetle doraźnie zmienionej  Konstytucji trzeba dostosować prawo planowania przestrzennego do  wymogów ochrony własności prywatnej i reaktywowanego po latach samorządu terytorialnego. Ustalenia te nie mogły  być dla nikogo  zaskoczeniem, czego nie można powiedzieć o innych założeniach nowej ustawy. Zanegowanie zasady  hierarchiczności planowania w imię zapewnienia samodzielności planistycznej gminy budziło bowiem liczne  obawy, że doprowadzi to do ubezwłasnowolnienia administracji państwowej. Co ciekawe,  musiał je  też mieć ustawodawca, skoro w uchwalonej w tym samym czasie   ustawie o autostradach  wyłączył  ich lokalizacje spod rygorów nowego prawa zagospodarowania przestrzennego. Dzisiaj, jak widać po pojawiających się jak grzyby po deszczu specustawach, wyłom stał się  regułą.

Kontrowersje dotyczyły też  zniesienia obligatoryjności  planowania. Założenie,  że plany będą robione tam gdzie będzie to potrzebne, z  dopuszczeniem  możliwości budowania na podstawie osławionej ?wuzetki? na terenach nieobjętych planami miejscowymi, uchyliło furtkę dla  fatalnej w skutkach bezplanowej zabudowy.  I nie może zmienić tej oceny fakt,  że początkowo - wobec stuprocentowego pokrycia Polski planami miejscowymi, których żywot ustawodawca przedłużył o 5 lat -  furtka  pozostawała zamknięta. Jej otwarcie, i to z przytupem, nastąpiło  w uchwalonej w 2003 roku ustawie o planowaniu i zagospodarowaniu, mocą której ostatecznie zostały unieważnione plany  o ?niesłusznym rodowodzie?.  Stało się tak, mimo że nowych planów było jak na lekarstwo.

Konsekwencje decyzji o unieważnieniu planów  zburzyły logikę systemu planowania tak skutecznie, że do dzisiaj nie można jej ani odnaleźć, ani przywrócić.   W jakim stopniu obciąża to autorów pierwszej z w.w. ustaw, a w jakim drugiej - trudno orzec, bo są różne tego ? historie alternatywne?. Chciałbym jednak zauważyć, że w 1994 roku ustawodawca decydując się na unieważnienie  planów mógł, może i naiwnie, ale jednak  zakładać, że pięcioletni okres przejściowy pozwoli zastąpić stary system planowania nowym bez  przerwania jego ciągłości. Decydując się na unieważnienie planów w roku 2003 ustawodawca takiego "komfortu naiwności"  już nie miał. Wiedział co czyni, zwłaszcza że zrobił to mimo  sprzeciwu samorządów i negatywnych opinii  znacznej  części środowiska fachowego.

Oceniając założenia ustawy z 1994 r.  należ brać pod uwagę szczególną atmosferę towarzyszącą początkom transformacji. Pozytywne emocje i wiara w słuszność przemian nierzadko utrudniały trzeźwą ocenę rzeczywistości.  Lepiej   przyjmowała się jak najbardziej słuszna choć czasami  zbyt bezkrytyczna krytyka PRL-u , niż apele o nieodrzucanie z góry  wszystkiego, co było.  Dzisiaj łatwo się o tym pisze. Ale wtedy tej atmosferze trudno było  nie ulec.  Mnie się w każdym razie  nie udało.

Tę  atmosferę odczuwało się też w sejmie.  Jako przedstawiciel TUP  "dumny i blady" chodziłem  u boku Prezesa Bogdana Wyporka    na posiedzenia Komisji ds. rozpatrzenia projektu ustawy. W mojej pamięci najtrwalej zapisało się jednak to, że ówcześni parlamentarzyści  byli ?. parlamentarni. Na posiedzeniach nie było żadnych takich "ja panu nie przerywałem", "pan kłamie", nikt nikomu nie wyłączał mikrofonu. Posłowie nie tylko  pozwalali zapraszanym ekspertom mówić, ale mieli też w zwyczaju ich słuchać, a nawet nie wahali się zadawać pytań, żeby lepiej zrozumieć, o co im (ekspertom) chodzi. A to wcale łatwe nie było. Eksperci znali się  bowiem  jak łyse konie i na posiedzeniach komisji kontynuowali swoje od lat prowadzone dyskusje językiem delikatnie mówiąc mało komunikatywnym. Tym większe słowa uznania należą się przewodniczącemu komisji, a był nim Kazimierz Szczygielski, który posiedzenia prowadził nie tylko że kompetentnie ale i z taką kulturą, że nierzadko udawało mu się doprowadzić do zgody pomiędzy ?.. ekspertami. Z posłami szło mu łatwiej. Bo trzeba wiedzieć, że projekt ustawy od początku nie budził zasadniczych kontrowersji politycznych i ostatecznie został niemal jednogłośnie uchwalony.

Jak to się stało, że politycznie podzielony parlament wykazał się wtedy taką zgodnością?  Jako jedną z przyczyn   wskazałbym panujące wówczas przekonanie, że polityka - także przestrzenna - powinna być  troską o dobro wspólne.  ?Porażeni  optymizmem? tak zakładaliśmy, inaczej myśleć nie wypadało.  I tego  nastroju  nie zmącił mi nawet pewien epizod.  Otóż któregoś razu udając się na posiedzenie komisji, w trakcie kontroli dokumentów zostałem poproszony na stronę. Głupio się poczułem, ale widocznie mój wygląd nie budził zaufania. Okazało się, że wręcz odwrotnie. Funkcjonariusz Straży Marszałkowskiej zamiast przystąpić do rewizji osobistej wyciągnął jakiś szkic mapy i z nadzieją w głosie spytał, czy po uchwaleniu ustawy będzie mógł się wreszcie pobudować na swojej ojcowiźnie.  Nie pamiętam, co mu odpowiedziałem. Ale zrozumiałem wtedy, że na dobro wspólne składają się również takie przypadki.

Bartłomiej Kolipiński

Smutne postscriptum

Po ?pierwszym czytaniu? tego felietonu  postanowiłem przy nazwisku Kazimierza Szczygielskiego dopisać, co obecnie robi. Wiedziałem, że po zakończeniu kariery sejmowej (był posłem trzech kadencji z ramienia Unii Wolności) kontynuował działalność naukową jako geograf i demograf w rodzinnym Opolu. Wszedłem do Internetu, żeby to sprawdzić. A tam wiadomość, że Profesor Kazimierz Szczygielski zmarł nagle 4 sierpnia 2019 r. Miał 72 lata.

BK.

Tags: Opinia
 

Logowanie

Zalogowani użytkownicy uzyskują dostęp do nowych pozycji w menu i kalendarium, a członkowie TUP mają możliwość pisania artykułów na stronie