Zachęcamy do lektury najnowszego felietonu pt. „Planowanie autorytarne?” autorstwa kol. B. Kolipińskiego.

Zawsze mnie dziwią i śmieszą „odkrywcze” stwierdzenia, nierzadko podparte naukowym wywodem, że białe jest białe. Ostatnio w renomowanym kwartalniku wyczytałem, że w PRL-u, państwie, było nie było, autorytarnym, prawo planowania przestrzennego było…. autorytarne. A jakie miało być? Demokratyczne?

Ale czym był ów autorytaryzm? Otóż według inkryminowanego autora polegał on na nadrzędności interesu społecznego nad interesem jednostkowym, a „środkami normatywnymi” jego realizacji była „zasada planowej zabudowy oraz powiązanie planów zagospodarowania z planami społeczno-gospodarczymi”. Trzeba powiedzieć, że to dość ryzykowne tezy, bo wynikałoby z nich, że podejmowane od lat próby zreformowania planowania przestrzennego w naszym kraju, łącznie z będącymi obecnie w obiegu projektami ustaw, zmierzają prostą drogą do przywrócenia autorytaryzmu. No cóż, takie pułapki rozumowania są rezultatem powszechnej w środowisku prawników (i nie tylko prawników) pokusy interpretowania wszelkich przejawów rzeczywistości na gruncie i w optyce prawodawstwa.

Tymczasem żeby powiedzieć coś sensownego o autorytarnych implikacjach planowania przestrzennego w PRL-u trzeba odnosić się nie do ustaw, lecz do konstytutywnych cech realnego socjalizmu. Takimi zaś były z jednej strony monopartia w roli hegemona, z drugiej – ustrojowa zasada jednolitej władzy państwowej. Spokojnie – nie zamierzam tego wątku rozwijać; nie zachęcam też nikogo do dywagacji na ten temat – chyba że musi zdobywać punkty na uczelni.

Jeśli jednak ktoś chciałby się dowiedzieć jak „peerelowski” autorytaryzm w planowaniu przestrzennym wyglądał w praktyce, niech raczej sięgnie po świeżo wydane przez Narodowy Instytut Architektury i Urbanistki opracowanie Andrzeja Skalimowskiego „Architektura i urbanistyka
w dokumentach KC PZPR”. A warto. Jest to bowiem kawałek prawdziwej historii w czystej postaci, wzięty prosto ze źródła, podany bez ideologicznego balastu i politycznej nowomowy. Dziwne? Wcale nie, bo protokoły z posiedzeń gremiów partyjnych nie były pisane z myślą
o propagandzie – tę robili samodzielnie towarzysze redaktorzy i cenzorzy. „Na Biurze” (politycznym) i „na Sekretariacie” (KC) rozmawiano
w „szczerej partyjnej atmosferze” nieco prostszym językiem.

Co więc mówiono i o czym decydowano w sprawach architektury i urbanistyki? Trudno tu o jednoznaczną odpowiedź. Po lekturze 142 dokumentów z lat 1946 – 1988, które udało się autorowi odnaleźć w przetrzebionych archiwach, pozostają bowiem raczej wrażenia niż całościowy obraz. Błażej Brzostek – autor wstępu do książki – zauważa, że dążenie partii do kontrolowania architektury i urbanistyki było podyktowane chęcią „utrwalania
w kamieniu lub betonie potęgi jej rządów”. Ładnie i prawdziwie powiedziane, zwłaszcza w odniesieniu do okresu stalinowskiego (stąd wiele pomieszczonych w tomie dokumentów dotyczy odbudowy Warszawy, MDM-u, Pałacu Kultury i Nowej Huty). Później partia musiała się też zajmować problemami bardziej prozaicznymi, które „potęgą swoich rządów” sama tworzyła (m.in. zapaścią budownictwa mieszkaniowego), co koniec końców szczęśliwie doprowadziło do jej końca.

Jakie piętno odcisnęły lata PRL-u na architekturze i urbanistyce? W tej kwestii uzgodnienia stanowisk nie będzie, bo być nie może. Na styku historii i teraźniejszości muszą się bowiem pojawiać kontrowersje natury politycznej, światopoglądowej i estetycznej. Będą one „oczywistą oczywistością” dopóki nie pojawi się jakiś nowy hegemon, jakaś nowa jedynie słuszna idea. Do tego czasu żaden nowy autorytaryzm nam nie grozi – ani w polityce, ani w prawie planowania przestrzennego. I tego sobie życzmy.