Towarzystwo Urbanistów Polskich

  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Articles and statements > Destruction of the polish city centers

Destruction of the polish city centers

E-mail Print PDF

Bogatsi uciekają na przedmieścia. Kiedy wrócą? Może minąć nawet kilka dekad, zanim miasta się podniosą - mówi prof. Tadeusz Markowski

"Gazeta Wyborcza Łódź": W Polsce centra miast są dla ubogich, a bogatsi do sąsiadujących gmin. Dlaczego?

- Wszystkie miasta na świecie rozwijają się podobnie, tylko z różną prędkością. Najpierw była urbanizacja, czyli ludzie skupiali się w miastach. Potem mieli coraz lepsze samochody, stwierdzali, że mogą mieszkać w domku pod miastem i dojeżdżać do pracy. To drugi etap - suburbanizacja.
W końcu nadszedł czas dezurbanizacji - miasto zaczęło tracić mieszkańców, szczególnie centra. Właśnie na tym etapie są polskie miasta: obserwujemy ucieczkę na przedmieścia. No i z niecierpliwością czekamy na czwartą fazę - reurbanizacji.

Kiedy mieszkańcom przestanie wystarczać cichy taras i ogródek, zechcą wrócić do tętniącego życiem miasta. Faza reurbanizacji to spełnienie marzeń o dobrze funkcjonującym mieście. Teraz jednak w Polsce i Europie przeważają miasta pulsarne. W dzień duże, bo ludzie przyjeżdżają tu do pracy, a pod wieczór wymierające.
Taka zmienność pociąga za sobą duże koszty. Po pierwsze, ponoszą je podróżujący - bo stoją w korkach. Po drugie - gdy spalamy paliwo, trujemy środowisko. W pulsarnych miastach przestrzeń "się rozlewa", na obrzeżach powstają hipermarkety. A kina i restauracje w centrum ledwo zipią.

Kiedy zaczniemy wracać?

- Szacuję, ze minie jeszcze kilka dekad stagnacji. Nie ma w Polsce miasta, które zaczęłoby choćby kierować się w stronę reurbanizacji. Powiem więcej: uważam, ze centra wielu miast nie doczekają tej fazy. Nim prężni i zamożni mieszkańcy zechcą w śródmieściach zamieszkać, stare kamienice się zawalą. Może i będą eleganckie centra, ale zabytkowe budynki mogą do tego czasu nie przetrwać.
Trzeba będzie wszystko budować od początku. Tak zresztą bywało i w Europie, głównie w miastach, które dotykały spektakularne upadki przemysłu. Liverpool, Manchester czy Glasgow w Szkocji - dziś się odradzają, ale lata stagnacji bardzo je zniszczyły.

Europa nas przegoni?

- Na Starym Kontynencie miasta powoli się odradzają. Siłą napędową stali się ludzie młodzi, często panny i kawalerowie, którzy zamiast domku z ogródkiem wolą ładne mieszkanie w centrum, bo ta lokalizacja pozwala im cieszyć się życiem. To grupa z wysokimi dochodami, która chce wydawać pieniądze na jedzenie w restauracjach, puby, koncerty czy filharmonię. Chcą żyć w tętniącym centrum. W Europie takie myślenie dopiero się rodzi. Znam za to kilka amerykańskich miast, które uaktywniły się dzięki digital economy.

Na przykład?

- Baltimore. Przed laty w mieście upadł port. Zostały wielkie zaniedbane tereny postoczniowe. Z publicznych pieniędzy (dołożyły się też banki) odnowiono kamienice, powstawały nowe apartamenty.
Udało się stworzyć cudną wyspę dobrobytu, którą z Waszyngtonem łączy kolej. Jak przyciągano tu ludzi? Usługami, wprowadzaniem życia do miasta. Np. wybudowano stadion baseballu, w samym śródmieściu. Nie gra na nim drużyna Baltimore, ale reprezentacja Waszyngtonu. I mieszkańcy całego regionu przyjeżdżają kolejką na mecze, jedzą, piją, bawią się. Uruchomił się ciekawy mechanizm - centrum jest żywe, coraz droższe są powierzchnie biurowe i mieszkania.

Jak ten pozytywny model przełożyć na polskie miasta?

- Sama recepta nie wystarczy. W Ameryce była konsekwencja i ludzie, którzy uwierzyli politykom, że odbudują miasto. U nas jest inaczej. Politykom brakuje konsekwencji, a ludziom - zaufania do polityków.

Może jest tak, że uciekanie z miasta musi przestać się opłacać i wtedy zaczyna się wielki powrót?

- Kiedy skala rozlewania się miasta sprawia, że koszty docierania do pracy w mieście wzrastają ponad miarę, ludzie zaczynają myśleć o powrocie. Ciekawym miastem jest Waszyngton, gdzie odradzają się funkcje mieszkaniowe. Bo jeżeli ktoś musi dojeżdżać do pracy w Waszyngtonie przez trzy godziny, a więc dziennie spędza w samochodzie sześć godzin, to jakość życia spada w sposób dramatyczny. Czasem jest tak, że człowiek wynajmuje drugie mieszkanie, blisko pracy. A czasem pojawia się myśl, aby zamieszkać bliżej pracy z rodziną.

Nas też to czeka?

- Też, chociaż do naszych miast wciąż jednak dużo łatwiej dojechać niż do Waszyngtonu. Jednak rynek pracy mocno się specjalizuje i skupia właśnie w wielkich miastach. Coraz częściej może się zdarzać, że firmy będą ściągać do siebie specjalistów z całego kraju. Ludzie np. trzy dni spędzą w Warszawie, w wynajętej kawalerce, a resztę tygodnia - z rodziną w domu.

Jak przyspieszyć reurbanizację?

- Pomogą nam inwestycje w infrastrukturę, czyli powstanie autostrad i szybkiej kolei. Liczę też, że rozwijająca się polska gospodarka i nauka doprowadzą do specjalizacji miast. Czyli jedno może się wyróżniać w informatyce, inne w biotechnologii. Wtedy działające w nich firmy przyciągną specjalistów, którzy dojeżdżać będą do miast, przemieszczać się mogą po całej Polsce.
Gdy będą mieli spędzić w Łodzi czy Katowicach trzy dni, ciężko w tym czasie pracując, będą chcieli kupić lub wynająć mieszkanie w centrum. Wyjdą wieczorem się zabawić, chętnie wydadzą pieniądze, ale nie będą chcieli tracić czasu na dojeżdżanie. Centra miast zaczną się powoli zmieniać.

Czy w krajach zachodniej Europy, gdzie już widać początki "wielkiego powrotu", centra miast też, podobnie jak w Polsce, były dla najuboższych?

- Też, ale tam wyraźny był inny problem - emigranci. To oni stanowili mechanizm wypierania mieszkańców z centrów. W Niemczech np. centra są zdominowane przez Turków i Arabów, a Niemcy mieszkają na obrzeżach.
Emigranci gnieździli się po dwóch, trzech w małym mieszkaniu. O remontach mowy nie było, dzielnice ubożały, czynsze spadały. Niemiecka gospodarka jest dynamiczna i państwo stać na pomoc, rozpoczęto więc szeroko zakrojone programy modernizacji miast.
Tani emigranci napędzali gospodarkę. Z ekonomicznego punktu widzenia okazali się dla miast dużo lepszym rozwiązaniem niż nasi rodzimi mieszkańcy centrów, którzy pracować nie chcą. Prawda jest taka, że choć niemieckie miasta wyglądają nie najgorzej, to ta odnowa nie wygląda tak, jak powinna.
Po pierwsze, zamiast remontować to, co piękne, często wyburza się i stawia nowe budynki, bo tak jest taniej. Po drugie, Niemcy wciąż nie chcą wracać do centrów, bo emigranci im nadal przeszkadzają. I niemieckie miasta, zamiast odżywać, zaczynają działać jak pompy ssące - przyciągają nowe fale emigrantów.

Czy może pan podać przykład europejskiego miasta, które w podręcznikowy sposób się rozwija, a ludzie wracają do niego po latach ucieczki i mieszkają w pięknych kamienicach?

- W Europie nie ma takiego miasta. Oczywiście życie tętni w wielkich stolicach, ale one rządzą się innymi prawami. Ludzie po prostu chcą tam mieszkać.
Tendencja jest taka, że Europa traci mieszkańców, a zyskują - Stany Zjednoczone. Zagęszczenia w strefach śródmiejskich na naszym kontynencie i znaczącego przyrostu mieszkańców można by się spodziewać, gdyby zmieniła się polityka imigracyjna Europy i państwa z dobrymi rynkami pracy stałyby się bardziej otwarte.
Nie wystarczy odnowić miasto, żeby ludzie chcieli w nim mieszkać. Nie wolno zapominać o rynku pracy, bo może być dramat. Dowód na to - opustoszałe przygraniczne miasta w Niemczech wschodnich. W sąsiadującym ze Zgorzelcem Goerlitz zorganizowano nawet akcję - każdy mógł pomieszkać tydzień w ładnym mieszkaniu. Wszystko po to, żeby zachęcić do zamieszkania w Goerlitz na stałe.
Niestety, za propozycją mieszkaniową nie szła propozycja zatrudnienia, więc akcja nie wypaliła. Niektórzy mówili, że taki tydzień w Görlitz mogą potraktować jak wakacje, ale na stałe mieszkać tam nie chcą. I to mimo wysokiego standardu.

Co zrobić, żeby miasta żyły?

- Przebudowywać i dopasowywać do nowej funkcji. Tu musi zadziałać wyobraźnia. Na pewno trzeba rozluźnić zabudowę, żeby sprostała wzmożonemu ruchowi, żeby było gdzie parkować. Z tego samego powodu miasta muszą trochę zejść pod ziemię - potrzebne są przejścia i parkingi. Restauracje, puby, kina, bo to siła napędowa centrów miast. Trzeba też stworzyć jak najlepsze warunki do konferencji i zjazdów.
Od pulsarnego układu nie uciekniemy. Śródmieścia będą już zawsze skrzyżowaniem, na którym będą się łączyły różne interesy. Powinny więc być miejscami łatwo dostępnymi. Nie łudźmy się - nie ma powrotu do spokojnych miast z zabytkowym ryneczkiem, po którym całe rodziny spacerują po niedzielnej mszy. Możemy się za to starać, żeby z naszych nowoczesnych miast stworzyć przestrzenie, w których dobrze się żyje.

Obrazek z centrum wielkiego miasta: lokator kamienicy nie płaci czynszu, więc właściciel zamurowuje toaletę. Lokator więc chodzi w krzaki. Czyj to problem?

- Nie tylko tego pana i właściciela kamienicy. Przede wszystkim to kłopot miasta. Jeśli lokator robi siku w krzakach, podwórko śmierdzi. To może denerwować sąsiada, psuje wizerunek okolicy i odstrasza inwestorów. Gdy w takich sytuacjach politycy twierdzą: "To nie nasza sprawa, załatwcie problem między sobą", nie mają racji. To sprawa miasta, bo mamy do czynienia z efektami publicznymi.

Jakie są skutki nierozwiązania "prywatnego konfliktu"?

- Poważniejsze, niż nam się wydaje. Narastają konflikty. Na całym świecie istnieją grupy wykluczone społecznie. Z obserwacji gospodarki rynkowej wiemy, że nawet w najbogatszych krajach stopa bezrobocia waha się od 5 do 25 procent. Gdy osiąga te wyższe wartości, pojawia się duża grupa, która nie ma pracy i potrzebuje wsparcia.
To z myślą o tych ludziach stworzono mieszkania socjalne, które miały zapewniać minimum godnego życia. Ale robi się to też w interesie miasta. Bo koszty społeczne zostawienia ich bez pomocy są bardzo wysokie.

To zrozumiałe, ale dlaczego biedni trafiali do mieszkań akurat w centrach polskich miast?

- Gminy mogły dysponować swoimi mieszkaniami. A posiadały je właśnie w kamienicach w centrach. Jednak nie samo rozlokowanie było największym błędem, tylko pomysł wielu miast, by sprzedawać mieszkania za symboliczną złotówkę. Najubożsi stali się właścicielami mieszkań w śródmieściach i szybko okazało się, że nie stać ich na remonty.
Przekazano im dar, ale na tyle zdewastowany, że nie są w stanie go utrzymać. Dziś kamienice zaczynają się sypać. Przeciekają dachy, stropy grożą zawaleniem. I kto ma naprawiać? Przecież nie gmina, która przestała być właścicielem.

W Polsce mamy pat. A jak poradziły sobie inne kraje?

- Wszędzie są mieszkania komunalne. W państwach, które rozwinęły politykę dobrobytu, w Skandynawii, Holandii czy Belgii nie próbuje się prywatyzować i przekazywać gruntów lokatorom. Prowadzone są programy rewitalizacji. Kamienice się regularnie remontuje. Lokatorzy powinni być zadowoleni, a mimo to też zdarza się, że protestują.
Np. w Danii, gdzie był plan, aby kamienice należące do miasta odnowić i pomalować. Mieszkańcy nie chcieli, bo to oznaczałoby podwyżkę czynszów. Mówili, że wolą gorszy standard, bo chcą żyć taniej. W Szwecji jest silny nacisk, aby budować mieszkania socjalne. Istnieje tam silne lobby budowlane, a takie inwestycje oznaczają miejsca pracy. Powstał nawet przepis, który określa standard lokalu socjalnego.

W jakich warunkach mieszkają ubodzy Szwedzi?

- Mają prawo do mieszkania z sypialnią, kuchnią i salonem - nawet jeśli lokal ma być jednoosobową kawalerką. Powyżej pierwszego piętra musi być winda. Jeśli lokal nie spełnia tych warunków, to oznacza, że człowiek żyje na granicy wykluczenia i trzeba mu jak najszybciej zaproponować lepsze mieszkanie. Nawet na siłę.
Szwedzi policzyli, ile mieszkań im brakuje, aby wszyscy żyli w określonych przepisami warunkach i przygotowali specjalny program budowy. W końcu sto tysięcy zatrudnionych robotników budowlanych to bardzo ważny elektorat i trzeba o niego dbać. Ustęp o standardzie lokali socjalnych wpisano nawet do konstytucji.

Czy taka metoda zadziałałaby w Polsce?

- Nie, bo to sztuczny twór. Żeby ten mechanizm funkcjonował, trzeba zachować proporcje między dochodami mieszkańca, któremu się pomaga, a kosztami inwestycji. Mówiąc wprost, człowieka musi być stać na utrzymanie mieszkania i opłacenie czynszu. Jeśli nie, uruchamia się mechanizm zwrotny - nie ożywiamy gospodarki, tylko ją pogrążamy. Polska jest zbyt biedna na zaawansowane programy socjalne.

No to może zostawić biednych tam, gdzie są - w rozpadających się kamienicach? Tyle że lokatorzy lamentują, że nie zapewnia się im godziwych warunków życia, a prywatni właściciele i gmina narzekają, że mieszkańcy nie płacą czynszów.

- Bo to prawda. Nasz system wręcz zachęca do tego, żeby unikać płacenia. Kiedy pojawił się pomysł, aby dłużników eksmitować, natychmiast jedna z partii postanowiła wygrać na tym problemie coś dla siebie. Wymyślono przepis, że nie wolno eksmitować lokatora zimą, a później - że w ogóle nie można eksmitować, jeśli nie da się takiemu człowiekowi lokalu socjalnego.

Z jednej strony mamy więc politykę mieszkaniową, która uniemożliwia szybką i skuteczną eksmisję, z drugiej - zbyt ubogie państwo i obywateli, żeby przeprowadzać programy socjalne.

- Potrzeba konsekwencji. Jeśli tworzy się przepis, że dłużnikowi trzeba dać mieszkanie socjalne, to państwo powinno dać samorządom pieniądze na ich budowę. Oczywiście nie takich jak w Szwecji, bo na to nas nie stać. Muszą to być lokale na miarę naszych możliwości, czyli pokój sześć metrów kwadratowych z oknem i dostępem do łazienki, wspólnej dla kilku mieszkań.

Przeprowadzamy najuboższych do baraków?

- Czemu nie? To przecież lepsze niż zagrzybione mieszkanie w kamienicy komunalnej.

Rozmawiałyśmy z lokatorami rozpadających się kamienic. Na baraki kręcą nosem. Mówią, że do starego mieszkania są przywiązani, a to w baraku pewnie byłoby daleko od centrum.

- Ludzie z enklaw miejskiej biedy są bardzo przywiązani do okolicy. Wiedzą, gdzie się można napić, w jakiej restauracji wyrzucają odpadki, kto udzieli im w kryzysowej sytuacji pomocy. To bardzo ważne elementy, o których oni się wstydzą powiedzieć, ale to ich właśnie trzyma w tych ruderach.

Gdy w Białymstoku ogłoszono, że powstanie socjalne osiedle, ludzie zaczęli protestować. Nie chcieli mieć biednych obok siebie.

- Trzeba im uświadomić, że i tak mają tych ludzi za sąsiadów. No i znaleźć sposób tworzenia socjalnych budynków, który będzie dla reszty do zaakceptowania. Budować tanie bloki w różnych punktach miasta, tak aby nie psuły estetyki. Muszą odpowiadać naszemu stopniowi cywilizacji, nie możemy od nikogo wymagać, aby zaakceptował mieszkanie w psiej budzie albo w namiocie.
Część ludzi z tych gett pewnie jeszcze dałoby się uratować, przeprowadzić z nimi programy społeczne, aktywizować, przywrócić społeczeństwu. I oni mogliby mieszkać w odnowionych budynkach i płacić czynsze.

Co z kamienicami?

- Powinny być rewitalizowane, ale nie ze wszystkimi mieszkańcami. I z pomocą kapitału prywatnego. Nie brońmy się przed sprzedażą kamienic. Tyle że za cenę rynkową, bez rozdawnictwa za złotówkę. Inwestor, którzy wyłoży dużą sumę, będzie o kamienicę dbał, będzie mu zależało, by miała wysoki standard i płacących czynsz lokatorów.

Mamy w Polsce dobre przykłady?

- Tak. Np. Białystok, który dostał nagrodę za najlepiej zagospodarowane centrum. Rynek? To coś pięknego. Kto go ujrzy, nie zdziwi się, że dziś Białystok kojarzy się z miastem dynamicznym, czystym i zadbanym.
Z publicznych pieniędzy remontowano kamienice, ale obiecując też i dając pomoc prywatnym właścicielom budynków i mieszkań. Zrobicie klatkę schodową i chodnik przed bramą, my damy wam na nowy dach. I to zadziałało. W mniejszych miastach jest łatwiej, bo tam szybciej występuje efekt skali. Wypiękniało kilka kamienic i już w zasadzie odnowiony zrobił się cały rynek.
Druga sprawa to władze miast. Do programów rewitalizacji - raczej wieloletnich - potrzeba silnych liderów. Białystok ma takiego prezydenta. Zaprosił architektów, chcieli z nim współpracować.

A gdy "Gazeta" zorganizowała debatę w Łodzi, politycy ze zrozumieniem kiwali głowami, że jest źle. Dyskusja siadła, gdy zapytałyśmy o rozwiązania problemu. Pomysłów nie było.

- Bo Łódź - jak zresztą wiele miast w Polsce - jest dziś w pacie. Stanęła w pół drogi i nie wie, jak ruszyć dalej. Dlaczego tak mówię? Bo po sprzedaży mieszkań za grosze powstał miks własności. Wiele kamienic jest w połowie prywatnych, w połowie należy do gminy. I nikt się nie poczuwa do remontów. Nic dziwnego, że nie ma chętnych na mieszkania w centrum.
Szkoda, bo w wielu miastach na świecie to w tej centralnej strefie zero są najbardziej prestiżowe i najdroższe mieszkania. W Polsce chyba tylko w Warszawie centrum cieszy się zainteresowaniem, ale to ze względu na korki i długi czas dojazdu do pracy. Drogie mieszkania są w Krakowie, ale to zwykle kawalerki, które są wynajmowane turystom. To dość charakterystyczne dla miast turystycznych.

Warto zainteresować zamożnych naszymi śródmieściami?

- Tak. Należy remontować, odnawiać, kawałkami, krok po kroku. Pokazywać odnowione kwartały i opowiadać o dalszych planach. Dlaczego trzeba robić całe kwartały? Bo nie od dziś wiadomo, że zasada koncentracji środków daje efekty. Władze miast muszą być konsekwentne, nie mogą ulegać populizmowi. Bo populizm sprzyja rozpraszaniu środków. Trochę pieniędzy damy tu, zrobimy placyk zabaw, odnowimy ławeczki. Nikt nie jest zadowolony do końca, a efekty na tyle małe, że w skali miasta niewidoczne.
A politycy lubią mówić to, co wyborcy chcą usłyszeć. Nawet z tymi mieszkaniami socjalnymi nie ma jasnej deklaracji. Nikt nigdy nie powiedział, że jedyne, na co mogą liczyć dłużnicy, to malutkie mieszkanka niekoniecznie w centrum. Politycy nie chcą tego mówić, bo to niepopularne. I w rezultacie mamy miasta złapane w pułapkę społeczną.

Źródło: Gazeta Wyborcza

 

Logowanie

Zalogowani użytkownicy uzyskują dostęp do nowych pozycji w menu i kalendarium, a członkowie TUP mają możliwość pisania artykułów na stronie